Najnowszą produkcje Quentina Tarantino opiszę w trzech słowach: przydługi, nudny, przegadany.
Miało być wielkie kino wojenne a wyszedł dziwny mix Pulp Fiction i Parszywej Dwunastki. Akcji jest niewiele, co nie powinno dziwić bo Tarantino zawsze bazował na dobrych dialogach. Kłopot w tym że w Bękartach dialogi podobnie jak cały film są niesamowicie głupie (zakończenie to już piramidalna bzdura).
Dodatkowo reżyser zapomniał o podstawowej zasadzie scenariusza filmowego: w filmie opowiada się obrazem nie dialogami, przez co zwyczajnie słuchamy opowieści różnych filmowych postaci zamiast je oglądać.
W tym filmie Tarantino się zagubił, powinien wrócić do czasów współczesnych bo historia to jak widać nie jego domena.
Film ma tylko jedną zaletę. Nie ma w nim żadnego polskiego zdrajcy. Za co Quentinowi dziękuję.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz