niedziela, 7 grudnia 2008

Far Cry 2

Gra bardzo nierówna. Napoczątku robi ogromne wrażenie ogrom świata i dbałość o detale. Twórcy zadbalio realizm w wielu prozaicznych sytuacjach. GPS w samochodzie, mapa w ręku.Otwieranie i zamykanie drzwi. Z pozoru nieistotne szczegóły dodają grze niezwykłej atmosfery niekończącej się przygody. Czujemy szczególnie na początkujak jakbyśmy naprawdę byli na afrykańskich bezdrożach a nie ośnieżonej prowincji europy. AI stoi na rozsądnym poziomie. Duża liczba broni i zróżnicowane lokacjesprawiały mi sporo satysfakcji, ale przeszedłem grę tylko w 10%.

Co sprawiło że tak szybkosię poddałem? Niestety po dłuższej rozrywce dopada nas monotonia. Wciążjesteśmy w drodze po znanych szlakach niezmiennie pełnych posterunków rebeliantów i agresywnych patroli. Zmagania z nimi zajmują więcej niż same misje. Początkowo jest ciekawe i zajmujące lecz gdy odwiedzamy posterunek poraz dziesiąty pokonując tych samych murzynów robi się nie tyle nudno co frustrująco. Jest to tym dziwniejsze że gra jest dość długa i nie widzę powodu dla takiego sztucznego jej przedłużania.

Jeśli chodzi o pozostałewady to scenariusz zdecydowanie mógłby być bardziej rozbudowany, choć być może kryje jakieś niespodzianki, gry nie przeszedłem nie wiem.

Zdecydowany plus należysię autorom za malarię :)

czwartek, 13 listopada 2008

Wiedźmin

Najpierw krótko. Ukończyłem Wiedźmina i jest zajebiście dobry J

Mimo dość słabej grafiki i żenujących animacji postaci (ratowały je w małym stopniu dobrze zrealizowane dialogi) podziwiałem wielokrotnie świat gry. Mimo nie do końca zbilansowanego poziomu trudności i mało różnorodnego gameplayowiu wiele pojedynków sprawiło mi ogromną satysfakcję. Mimo że technicznie dość słaby Wiedźmin jest kolejną grą komputerową z gatunku prawdziwych opowieści, którą można postawić w jednym szeregu z Faloutem, Tormentem i Baldurą.

W grze możemy uwikłać się w historie wielu postaci. Zarówno wielkich królów jak i skromnych węglarzy. I choć nie brakuje wśród zadań zwykłego wiedźmińskiego rzemiosła niejedna przygoda zaskakuje nas niekonwencjonalnym przebiegiem. Oryginalnym dla typowej gry RPG i doskonale pasującym do Sagi. Co ważniejsze mamy możliwość podejmować rozliczne moralnie niejednoznaczne decyzje. Tym trudniejsze że w świecie wiedźmina często nie ma dobra ani zła. Jedynie nieprzenikniona szarość, w której po omacku staramy się wyłowić mniejsze zło. Najciekawsze są jednak konsekwencje naszych wyborów. Z niezwykłą satysfakcją muszę przyznać że zakończenie gry było dla mojego Geralta całkowitą klęską. Prawie każdy mój wybór okazał się błędny. Niespełniona miłość, zdradliwi sprzymierzeńcy, nie zdołałem nawet zaopiekować się kilkuletnim chłopcem. Jednym słowem fabuła mistrzowska. Oczywiście mam świadomość że fabuła Wiedźmina skonstruowana jest tak by zawsze prowadziła do tragedii, ale mimo to poruszyła mnie niejednokrotnie do głębi. Doświadczyłem prawdziwego katharsis. :P

Prócz tego klimat gry buduje szczegółowo dopieszczony świat. Choć jest on bardzo malenki (ot dwie wioseczki i miasteczko), gderliwe babcie, uliczni sprzedawcy, kobiety i dzieci, wszyscy oni sprawiają wrażenie jakby żyli w grze swoim własnym życiem. Jakby byli tam nie dla nas ale dla samych siebie. Najbardziej zapadł mi w pamięć moment gdy poszukiwałem w dzielnicy kupieckiej pewnej szlachcianki stojącej zwykle na ulicy i ze zgrozą zauważyłem że podczas deszczu ludzie pochowali się pod pobliskie zadaszenia i nie mam pojęcia gdzie jej szukać J Obszary zamieszkałe stanowią zdecydowanie najbardziej dopracowany element gry.

Jeśli chodzi o samą mechanikę rozgrywki to jest ona chyba zbyt prosta jak na grę CRPG, ale doskonale oddaje klimat Sagi.

Podsumowując wiedźmin jest zdecydowanie jak do tej pory najlepszą polską grą w historii. Pierwszą produkcją którą możemy z dumą się pochwalić, a jednocześnie doskonałą opowieścią dla koneserów komputerowego RPG. Jest w nim wiele drobnych niedoróbek i błędów, lecz mimo to powiem że zdecydowanie niczego bym w nim nie zmienił :>

Polecam z całego serca.

Po mojemu:

Osobiście muszę przyznać że Wiedźmina widziałem nie jako grę fabularną, ale akcji. Straszliwą zręcznościową siekaninę TPP. Grę szybką i niesłychanie brutalną. Przebiegiem chyba najbliższą Intro do niniejszej gry J Pięknie było by własnoręcznie kontrolować przebieg walki i serwować wrogom parady i kontruderzenia. Biegać i wykręcać piruety. Odrąbywać łby maszkarom wbijać noże w plecy czarnoksiężnikom. Może nawet jeszcze raz, osobiście przeżyć co burzliwsze z przygód Geralta z Rivii, a być może zupełnie inną historię. Jakiś prequel ...

Na razie jednak twórcy poszli odmienną drogą. Na pewno nie złą, po prostu inną.

wtorek, 21 października 2008

Indiana Jones and the Kingdom of the Crystal Skull

Właśnie obejrzałem najnowszą część przygód nieustraszonego amerykańskiego archeologa dr Henryka Jonesa Juniora przez przyjaciół zwanego Indianą i jestem trochę zawiedziony, lecz nie ukrywam że ponownie spotkanie ze starym dobrym przyjacielem było bardzo przyjemne. Oto moje spostrzeżenia

Niewątpliwie Spielbergowi i jego ekipie udało się stworzyć kolejną część filmowego cyklu. Indiana mimo upływu lat jest ten sam (nie on sam zresztą). Przez film przewija się cała masa nawiązań do poprzednich części. Nawet kolory są stylizowane na film z lat 80, co choć początkowo razi, dodaje filmowi specyficznego klimatu jakby starej książki z dzieciństwa którą ponownie możemy przejrzeć na strychu. Film jest dość ciekawym i zdecydowanie udanym ciągiem karkołomnych akrobacji i „nieprzewidywalnych” zwrotów akcji, niestety mimo że właśnie tego po nim oczekiwałem nie bawiłem tak dobrze jak bym chciał. A to dlatego że ... został zrobiony dla dzieci.

Jest zdecydowanie najmniej poważną z części przygód Idiego. I nie chodzi mi wcale o zawarte w filmie gagi (choć i te są zbyt prostackie). Autorzy scenariusza po prostu cały czas puszczają oko do widza. Angażują Indianę w coraz bardziej nieprawdopodobne zdarzenia. Brakuje jakiegokolwiek przystanku,chwili zastanowienia czy wątpliwości pokazujących ludzką twarz bohaterów. Pamiętam że Jackson zrealizował Indianę Jonsa jako „Jemsa Bonda, tylko lepszego”. W czwartej części gdzieś ta przewaga wyparowała. Pozostał jedynie kot spadający zawsze na cztery łapy. Jestem pewien że wielu młodych widzów świetnie się bawiło na filmnie, ale ja stary koń który wychował się na trzech poprzednich częściach oczekiwałem czegoś więcej. Jakiejś głębszej, poważnej histori, a nie jedynie wesołych przygód pradziadka Lary Croft.

Po mojemu:

Jeśli miałbym zrealizować film dla młodzieży pewnie mógłbym niczego nie zmieniać (Nie wiem nawet czy wymyśliłbym go tak dobrze!). Jeśli natomiast chciałbym zrobić prawdziwą czwartą część przygód wspaniałego nieustraszonego łowcy skarbów z pewnością zmienił bym prawie wszystko. Nie napisze tu oczywiście gotowego scenariusza ot nakreślę rzeczy podstawowe:

- żadnego syna, nie potrzeba dodatkowego młodego bohatera żeby młodzież mogła się zidentyfikować z bohaterem, wystarczy Indaina, zresztą Mutt nie wnosi niczego do filmu.

- obcy i czaszki są w porządku (choć osobiście bym ich nie wybierał ze względu na wiele wątpliwości związanych z autentyczności czaszki, lepsza była by mim zdaniem Szambala lub jakiś artefakt), ale fabule brak subtelności i tajemniczości. Żadnych żywych szkieletów obcych i latających spodków. W ogóle obcy powinni się pojawić jeśli już to na końcu filmu a nie początku. Dość przypomnieć scenę wypalania się swastyki na skrzyni z arką przymierza z pierwszej części. Do takich klimatów należało powrócić.

-szczególnie zakończenie nie pasuje do konwencji. Jeśli już obcy mają być nadinteligętni i niepojęci (jak lubi Spielberg) można było porazić Ilinę Spalko mądrością obcych i pozostawić w ostatnich ujęciach w jakimś miejscu odosobnienienia a nie wyparowywać i wysłać w głąb drogi mlecznej.

-no i sama Ilena jest zdecydowanie najsłabszym z przeciwników Jonsa. Brak jej jakich kolwiek ludzkich cech. Bije, gryzie, kłuje i ściga, niczym komunistyczny arcyprzodownik złych uczynków. Cały czas ma się wrażenie żę Indi jest o krok przed nią, a przecież powinno być na odwrót.

-mrówki! Więcejmrówek! No i lepsza scenografia ruin bo zbyt wiele rzeczy wygląda w filmie na styropian.

To oczywiście jedynie klika szczegółów które przyszły mi do głowy natychmiast. Z pewnością pragnął bym by nowy Indiana był bliższy Poszukiwaczom Zaginionenej Arki niż Aniołkom Charliego. (Nie żebym nie lubił Aniołki, to po prostu zupełnie różne konwencje).

Mimo wszystko jednak na koniec powtórze: filmobejrzałem z przyjemnością i każdemy wychowanemu przez Indiego go polecam. Niestety okazał się zdecydowanie najsłabszą częścią cyklu. Szkoda. Będzie jeszcze większa jak nakręcą kolejną w tym samym tonie.

czwartek, 14 sierpnia 2008

Timeshift

Jest to zdecydowana gra niezła. Oprawa audio wizualna może nie zachwyca ale stoi na bardzo wysokim poziomie. Gra nie jest ani za krótka ani szczególnie nie nuży. Wszystko jest na swoim miejscu. Niestety po jej przejściu pozostaje spory niedosyt. Zawód. Zakończenie ostatecznie obnaża słabość fabuły i wiele straconego potencjału.

Opowieści o podróżach w czasie powstała niezliczona liczba. Autorzy gry całkiem rozsądnie uznali: czemu by więc nie zrobić takiej strzelanki FPP. Nie jest to oczywiście pierwsza taka gra, ale będzie to pierwszy FPP z możliwością interaktywnego manipulowania czasem. Koncepcja ta widać wystarczająco była zrozumiała i chwytliwa dla działu marketingu że dano projektowi zielone światło.

Wiele elementów opowieści na początku zrobiło na mnie dobre wrażenie. Bohater jest jakiegoś rodzaju agentem wywiadu nadzorującym projekt badawczy mający na celu stworzenie pancerza umożliwiającego podróże w czasie i chroniącego żołnierza przed obrażeniami. Co ciekawe nasz suit potrafi automatycznie zapobiegać paradoksom czasowym! Oczywiście gdy badania kończą się sukcesem zły szef instytutu wykrada urządzenie i samu cofa się w czasie by zmienić bieg historii i z pomocą technologi przyszłości zawładnąć światem w okolica II wojny światowej.

Można by wymienić tutaj cały zastęp komiksowych super złoczyńców którzy stosują identyczną taktykę, lecz w przypadku gry strzelanki FPP jest dość oryginalnie. Intro wciągnęło mnie bez reszty, mimo że ma odrobinę lakoniczny styl, ale jest to też jego zaleta.

Dość szybko okazuje się że sama historia mimo ciekawego rozpoczęcia jest bardzo prosta jak na opowieść o podróżach w czasie i daleko jej do chociażby pierwszego Księcia Persji. Najzwyczajniej cofamy się w czasie za prof. Kronem, który wykorzystał posiadaną przez siebie zaawansowaną technologię do przejęcia kontroli nadświatem w 1939 roku. Przyłączamy się do ruchu oporu i walczymy z tyranem (który to już raz ??) . Fabuła choć poczatkowo dość obiecująca nie została właściwie rozwinięta. Choć wstawki filmowe zrobione są dość profesjonalnie, są bardzo krótkie i brak jest zwrotów akcji. Stanowią one jedynie retrospekcje, które jednak do samego końca nie łączą się w jakikolwiek sposób z poczynaniami gracza. Szkoda że zabrakło tutaj jakiś bardziej zagmatwanych czasowych pojedynków i manipulacji historią. Należało przeciągnąć akcje gry między wieloma historycznymi sceneriami, najlepiej w przełomowych historycznie momentach. Lub chociaż pokrzyżować plany Krona manipulując jego własnymi manipulacjami. ;) Czuje się że wydatki na scenarzyste przekraczały budżet tej gry.

Sam Magistrat prof. Kronosa wydaje się dość stonowaną hybrydą III Rzeszy, steampunku i klasycznego cyberpunku. Spotykamy futurystycznych piechurów, opancerzone pojazdy, helikoptery, gigantyczną krocząca bazę. W końcu spotykamy nawet przeciwników manipulujących czasem tak jak bohater (oczywiście dużo bardziej oszczędnie, lecz i tak stanowią oni poważne wyzwanie). Wszytko to jednak staje się z czasem ubogie i monotonne. Jest to już koleina ostatnio gra w której musimy stawić czoła całej chmarze konwencjonalnej armii, bez krzty polotu. Jest to zrozumiałe w Operacji Flashpoint, ale tutaj? Mutanci, roboty, cyborgi, brońmasowego rażenia. Wielu rzeczom mógłby śmiało stawić czoła bohater dzięki swoim zdolnością, szkoda że pohamowano fantazję projektantów.

Co gorsza dość szybko złapałem się na tym że każde zagrożenie eliminuje poprzez manipulacje czasem. Spowolnienie czasu, atak, ucieczka,doładowanie baterii. Tą takytkę przyjdzie nam stosować w dalszej części gry bez przerwy, co jedynie pogłębia wrażenie monotonni.

W grze zabrakło mi też elementów monumentalnych. Sytuacji bez wyjścia. Ogromnych, niespodziewanych zagrożeń. Niepokonalnych arcy przeciwników. Ot zwykła regularna bitwa. W ogóle w grze nie ma zasadzie żadnych bohaterów. Gracz nie widzi nawet swojej własnej twarzy. A wielkie opowieści nie mogą przecież powstać bez wielkich bohaterów. W grze nie ma nawet walki zdawało by się obowiązkowej, z naszym nemezis, władcą Magistratu, prof. Kronosem. Po wielu godzinach zmagań, wystarczy jedynie pokonać jego mechaniczną bazę dowodzenia (wyjątkowo zresztą słabą jak się okazuje). Nigdy, ale to nigdy nie powinno dochodzić do sytuacji gdzie w grze głównego arcyłotra zabija się bez udziału gracza w cutscence, a tak to wygląda w Timeshift. Aż chce się zapytać po co człowiek siedział te 16 godzin przed monitorem, skoro na profesora Kronosa wystarczył kopniak w żyć i kilka gram ołowiu. Trochę fabułę ratuje finałowa scena, która jak przystało na opowieść o podróżach w czasie pokazuje konsekwnecje związanych z tym paradoksów. Zanów jednak nie ma w tym zbyt wiele logiki i wydaje się to jedynie punktem zaczepnym dla kontynuacji.

Podsumowując szkoda, że gra dość solidnie zrobiona (grało mi się naprawdę przyjemnie szczególnie na początku) nie okazała się grą wybitną. Ot zwykła, dość ładna strzelanka z „zajefajnym” cofaniem w czasie. Specom od marketingu pewnie nic więcej nie potrzeba, ale nam marzyło by się jednak coś ambitniejszego. Trudno.

poniedziałek, 4 sierpnia 2008

The Dark Knight

Drugi z filmów o Mrocznym Rycerzu w reżyserii Christophera Nolana zdecydowanie jest filmem udanym. Bardziej udanym niż część pierwsza, która (choć wielokrotnie lepsza od dwóch swoich poprzedników) odrobinę mnie zawiodła. Brakowało mi w niej dynamicznych scen akcji i raziło kilka niefortunnych wątków. Nie mogłem pogodzić się z kastracją jaką dokonał Nolan na wielu cenionych przeze mnie postaciach. Najbrutalniej obszedł się wtedy z Mr. Zsaszem który ze zdolnego seryjnego mordercy został zdegradowany do roli pomniejszego cyngla mafii. Doskonale widziałem o wiele dojrzalsze i bardziej realistyczne podejście do mitologi Batmana jakie reprezentował scenarzysta, lecz osobiście wciąż czułem że oglądam ekranizacje komiksu dla dzieciaków, a nie poważną opowieść.

Po obejrzeniu nowego Batmana zdecydowanie należy przyznać że zmiany poszły w dobrym kierunku. Film jest mroczniejszy i poważniejszy niż część pierwsza. Choć Nolan znów dość swobodnie modyfikuje historie dobrze znanych przeciwników mrocznego rycerza to tym razem robi to dużo rozważniej i z większym szacunkiem. Harvey Dent jest u Nolana równie tragiczną postacią co jego komiksowy odpowiednik. Może nawet tragiczniejszą bo mamy możliwość oglądać jego upadek krok po kroku od samego początku jego kariery. Ten wątek bardzo przypomniał mi niezapomniany Zabójczy Żart Jockera. Gdzie próbował on złamać wolę komisarza Gordona zabijając jego bliskich i zarazić go w ten sposób szaleństwem. Jim oparł się szaleńcowi w komiksie. Harveyowi zabrakło niestety sił w filmie. Trzeba jednak przyznać że komiksowego Księcia Zbrodni nie było by chyba stać na tak skomplikowany plan co jego filmowe alter ego. Ta zmiana mnie osobiście jednak wcale nie razi. Stary Joker chyba już nie dorastał już do współczesności. Zbyt był chaotyczny i niezorganizowany by stanowić prawdziwe zagrożenie dla Batmana. U Nolana doskonale łązcy szaloną nieprzewidywalność skrywającą niezwykle precyzyjną strategię. Podoba mi się ta kreacja w każdym calu i wielka szkoda że nie powróci on w kolejnym filmie L. Jedynie co uważam za niedopracowane w filmie to sceny akcji, które mogły być trochę bardziej widowiskowe, a są ... zwyczajne, ale nieporywające. Fabuła filmu rekompensuje to jednak w zupełności, akcja stanowi jedynie dodatek w Mroczny Rycerzu.

Po Mojemu i Źle:

Podobno wielkość filmu poznaje się po tym że gdy wyjdziemy z kina wciąż nie daje nam spokoju i zmusza nas do refleksji. Mrocznemu Rycerzowi się ta sztuka ze mną udała. Moje rozważania jednak skierowały się na postać samego Mrocznego Rycerza. Mimo tak wielu lat jakie upłynęły od jego narodzin i setek artystów którzy zajmowali się serią jedna rzecz jak mi się zdaje pozostała niezmieniona. Batman jest nieustannie nieprzejednanym Lewakiem! J Nigdy nawet wbrew rozsądkowi nie zabija swoich wrogów. Zawsze kwituje to jakimś lewicowym wyznaniem: (nie chce się stać taki jak oni, itp.). Ale przecież wystarczy znać odrobinę jego historię by wiedzieć do jak zgubnych konsekwencji ta praktyka doprowadziła. Łatwo sobie wyobrazić ile tysięcy niewinnych obywateli Gotham City uniknęło by śmierci gdyby Batman humanitarnie eutanazjował najgroźniejszych mieszkańców Arkham po powiedzmy trzeciej ucieczce. Tą nierozsądną postawę można zawsze wytłumaczyć brakiem racjonalnego wnioskowania u tak poważnie chorego psychicznie psychopaty jak Batman. (Zgódźmy się że ktoś kto przez kilkanaście lat zamiast spać, biega w nocy po dachach i ryzykuje życie w imię zemsty za odniesione w dzieciństwie krzywdy nie jest normalny). W żadnej jednak sposób nie można wyjaśnić dlaczego Batman nie zabił Jocera który przecież nie tylko doprowadził do kalectwa jego partnerkę Barbarę Gordon, ale również zabił drugiego Robina. Z tych wydarzeń Batman nie wyciągnął jednak żadnego wniosku.

Oczywiście zgadzam się że Batman zabijający przestępców jak Punisher nie był by zdecydowanie sobą i słabo pasował na bohatera Detective Comics. Ja osobiście zerwał bym z jego historycznymi ograniczeniami. Zmusił batmana do wyboru prawdziwego mniejszego zła i przyjęcia konsekwencji swoich decyzji. Pokazałbym również jak zdeterminowanym i fanatycznie oddanym walce ze zbrodnią musi być człowiek narażający swoje życie tak długo jak Batman. Zdecydowanie nie był by to przyjazdy nietoperz z sąsiedztwa, a raczej groźny szaleniec niepokojąco przypominający swych wrogów. Czy ktoś pójdzie tym tropem, a może już poszedł?

PS: jako ciekawostkę należy dodać iż istnieje choćby w pierwszym filmie Burtona kilka sekwencji w których zabija on rzezimieszków, lecz nigdy nie robi tego bezpośrednio i należy się jedynie domyślać że takie konsekwencje miały działania Mrocznego Rycerza.

wtorek, 8 lipca 2008

Po Mojemu i Źle

Oto nadszedł dzień powstania tego oto skromnego blogu. Maleńkiej drobinki znaczeń pływającej po oceanie myśli.

Moja mama zawsze twierdziła że wszystko robię Po Swojemu i Źle. Tak też będzie pewnikiem z tym blogiem.
Poświecony będzie moim refleksją, spostrzeżeniom, recenzją i pomysłom. Rzeczą które zachwycą mnie i oburzą. Życiu po prostu. Utworzyłem w nim jak na razie 4 kategorie.
  1. Politykę, a więc kubeł mojej politycznej żółci, którą to postaram się wylewać regularnie na socjalistów, komunistów, Gazetę Wyborczą i naszych ukochanych polityków znanych szerokiemu kręgowi społecznemu jako po prostu Złodzieje.
  2. Film, jedna z wielu moich pasji. Dość powszechna dzisiaj. Nie będę bawić się tutaj w krytyka filmowego (zbyt wiele). Znacznie częściej opisze własną wizję danego obrazu filmowego, jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało!
  3. RPG. Pod tym enigmatycznym skrótem nie ukrywa się wcale zamiłowanie do broni przeciwpancernej, a jedynie fascynacja grami fabularnymi. Jeśli nie wiesz co to tu nie znajdziesz wyjaśnienia. Dość powiedzieć że gry nie mają nic wspólnego z komputerami, a ja jako stary polski Mistrz Gry, nie jeden system już pisałem i tych właśnie zmaganiach pewnie napisze tu więcej niż raz.
  4. I wreszcie na zakończenie Gry po prostu. Nie komputerowe, nie planszowe, wszystkie. Każda z nich jaka wpadnie w me ręce powinna znaleźć się choćby wymieniona z nazwy na tych wirtualnych kartach.
Ciekaw jestem jak blog ten wyglądać będzie za kilka lat. Składać się będzie z dziesiątek godnych wykucia w skale złotych myśli. A może jedynie tego oto osamotnionego wstępu.
Czas pokaże.