czwartek, 14 sierpnia 2008

Timeshift

Jest to zdecydowana gra niezła. Oprawa audio wizualna może nie zachwyca ale stoi na bardzo wysokim poziomie. Gra nie jest ani za krótka ani szczególnie nie nuży. Wszystko jest na swoim miejscu. Niestety po jej przejściu pozostaje spory niedosyt. Zawód. Zakończenie ostatecznie obnaża słabość fabuły i wiele straconego potencjału.

Opowieści o podróżach w czasie powstała niezliczona liczba. Autorzy gry całkiem rozsądnie uznali: czemu by więc nie zrobić takiej strzelanki FPP. Nie jest to oczywiście pierwsza taka gra, ale będzie to pierwszy FPP z możliwością interaktywnego manipulowania czasem. Koncepcja ta widać wystarczająco była zrozumiała i chwytliwa dla działu marketingu że dano projektowi zielone światło.

Wiele elementów opowieści na początku zrobiło na mnie dobre wrażenie. Bohater jest jakiegoś rodzaju agentem wywiadu nadzorującym projekt badawczy mający na celu stworzenie pancerza umożliwiającego podróże w czasie i chroniącego żołnierza przed obrażeniami. Co ciekawe nasz suit potrafi automatycznie zapobiegać paradoksom czasowym! Oczywiście gdy badania kończą się sukcesem zły szef instytutu wykrada urządzenie i samu cofa się w czasie by zmienić bieg historii i z pomocą technologi przyszłości zawładnąć światem w okolica II wojny światowej.

Można by wymienić tutaj cały zastęp komiksowych super złoczyńców którzy stosują identyczną taktykę, lecz w przypadku gry strzelanki FPP jest dość oryginalnie. Intro wciągnęło mnie bez reszty, mimo że ma odrobinę lakoniczny styl, ale jest to też jego zaleta.

Dość szybko okazuje się że sama historia mimo ciekawego rozpoczęcia jest bardzo prosta jak na opowieść o podróżach w czasie i daleko jej do chociażby pierwszego Księcia Persji. Najzwyczajniej cofamy się w czasie za prof. Kronem, który wykorzystał posiadaną przez siebie zaawansowaną technologię do przejęcia kontroli nadświatem w 1939 roku. Przyłączamy się do ruchu oporu i walczymy z tyranem (który to już raz ??) . Fabuła choć poczatkowo dość obiecująca nie została właściwie rozwinięta. Choć wstawki filmowe zrobione są dość profesjonalnie, są bardzo krótkie i brak jest zwrotów akcji. Stanowią one jedynie retrospekcje, które jednak do samego końca nie łączą się w jakikolwiek sposób z poczynaniami gracza. Szkoda że zabrakło tutaj jakiś bardziej zagmatwanych czasowych pojedynków i manipulacji historią. Należało przeciągnąć akcje gry między wieloma historycznymi sceneriami, najlepiej w przełomowych historycznie momentach. Lub chociaż pokrzyżować plany Krona manipulując jego własnymi manipulacjami. ;) Czuje się że wydatki na scenarzyste przekraczały budżet tej gry.

Sam Magistrat prof. Kronosa wydaje się dość stonowaną hybrydą III Rzeszy, steampunku i klasycznego cyberpunku. Spotykamy futurystycznych piechurów, opancerzone pojazdy, helikoptery, gigantyczną krocząca bazę. W końcu spotykamy nawet przeciwników manipulujących czasem tak jak bohater (oczywiście dużo bardziej oszczędnie, lecz i tak stanowią oni poważne wyzwanie). Wszytko to jednak staje się z czasem ubogie i monotonne. Jest to już koleina ostatnio gra w której musimy stawić czoła całej chmarze konwencjonalnej armii, bez krzty polotu. Jest to zrozumiałe w Operacji Flashpoint, ale tutaj? Mutanci, roboty, cyborgi, brońmasowego rażenia. Wielu rzeczom mógłby śmiało stawić czoła bohater dzięki swoim zdolnością, szkoda że pohamowano fantazję projektantów.

Co gorsza dość szybko złapałem się na tym że każde zagrożenie eliminuje poprzez manipulacje czasem. Spowolnienie czasu, atak, ucieczka,doładowanie baterii. Tą takytkę przyjdzie nam stosować w dalszej części gry bez przerwy, co jedynie pogłębia wrażenie monotonni.

W grze zabrakło mi też elementów monumentalnych. Sytuacji bez wyjścia. Ogromnych, niespodziewanych zagrożeń. Niepokonalnych arcy przeciwników. Ot zwykła regularna bitwa. W ogóle w grze nie ma zasadzie żadnych bohaterów. Gracz nie widzi nawet swojej własnej twarzy. A wielkie opowieści nie mogą przecież powstać bez wielkich bohaterów. W grze nie ma nawet walki zdawało by się obowiązkowej, z naszym nemezis, władcą Magistratu, prof. Kronosem. Po wielu godzinach zmagań, wystarczy jedynie pokonać jego mechaniczną bazę dowodzenia (wyjątkowo zresztą słabą jak się okazuje). Nigdy, ale to nigdy nie powinno dochodzić do sytuacji gdzie w grze głównego arcyłotra zabija się bez udziału gracza w cutscence, a tak to wygląda w Timeshift. Aż chce się zapytać po co człowiek siedział te 16 godzin przed monitorem, skoro na profesora Kronosa wystarczył kopniak w żyć i kilka gram ołowiu. Trochę fabułę ratuje finałowa scena, która jak przystało na opowieść o podróżach w czasie pokazuje konsekwnecje związanych z tym paradoksów. Zanów jednak nie ma w tym zbyt wiele logiki i wydaje się to jedynie punktem zaczepnym dla kontynuacji.

Podsumowując szkoda, że gra dość solidnie zrobiona (grało mi się naprawdę przyjemnie szczególnie na początku) nie okazała się grą wybitną. Ot zwykła, dość ładna strzelanka z „zajefajnym” cofaniem w czasie. Specom od marketingu pewnie nic więcej nie potrzeba, ale nam marzyło by się jednak coś ambitniejszego. Trudno.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz